Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Ewolucja



Nasi dalecy przodkowie zeszli kiedyś z drzewa by rozpocząć w miarę wyprostowane życie. 
Z prostowaniem życia jest jak z prostowaniem dróg na skróty. "Kto drogi prostuje w domu nie nocuje" mówi ludowe przysłowie. Właśnie dosyć boleśnie przekonałem się o kilku prawdach życiowych związanych z postawą wyprostowaną, prostym życiem i spoglądaniem na świat z kociej perspektywy...
Zacznijmy jednak od początku. Kilka dni temu wziąłem się za noszenie drewna na opał. Robota prosta i rutynowa. Co prawda kolejny orkan usiłował mi odrobinę w tych codziennych czynnościach przeszkodzić, ale dałem radę. Przy okazji roboty na zewnątrz wyczyściłem jeszcze kilka desek na zleconą pracę dla pewnego stowarzyszenia. Wszystko poszło sprawnie, deski wyczyszczone czekają na dalszą obróbkę. Następnego dnia jednak zaczęły się kłopoty. Przy noszeniu drewna zapewne lekko się zgrzałem, zaś przy czyszczeniu desek wicherek zrobił swoje, omiatając mi plecy swym chłodnym tchnieniem. W ciągu kilku chwil zapalenie korzonków zmieniło moją postawę z wyprostowanej w niemożebnie pogiętą, a moje proste życie stało się dziwnie i boleśnie skomplikowane. Zwykłe czynności życiowe mają teraz smak wyczynu i grymas wykrzywionej z bólu gęby. Koty spieprzają przede mną przerażone tym, że poruszam się na czterech łapach jak one, a ja tylko chcę podłożyć drewna do kominka... Pisanie tego tekstu też jest wyczynem.  Na szczęście leżenie na plecach z podgiętymi nogami pozwala na w miarę normalne podtrzymywanie laptopa. Przy tej bezradnej chorobie przydałoby się żyć bez grawitacji. Zwykłe odepchnięcie małym palcem i o ile łatwiej byłoby się poruszać... 
Ewolucja czasem zawodzi, mam nadzieję, że mój przypadek nie jest trwałą zmianą przejścia z postawy wyprostowanej do tej, no pogiętej...

wtorek, 16 grudnia 2014

Co jest łatwe i co jest trudne

 Co jest łatwe i co jest trudne?

Łatwo jest pozbierać kilka gałęzi i rozpalić ogień i bardzo łatwo jest ogrzewać się przy jego płomieniach. Ale trudniejsze i lepsze  jest bycie samemu tym ogniem, być żywym płomieniem, u którego grzeje się krąg przyjaciół.

Łatwo jest rozbić namiot, podnieść nad głową tę płócienną strzechę, która nas ochrania przed wiatrem i deszczem. Ale jak jest wymagające i dobre samemu być ochroną i opoką, potrafić dać poczucie bezpieczeństwa zwłaszcza tym najbliższym.

Łatwo jest śledzić trop w śniegu czy błocie, rozpoznać, które stworzenie tą drogą kroczyło, uciekało lub czołgało się. Ale rozpoznać na czas cień kłopotów lub smutku w oczach ludzi, których kochasz i którzy na tobie polegają -to jest wyższe niż cała traperska mądrość.

Łatwo jest wyznaczyć kierunek drogi według kompasu, słońca lub gwiazd. Ale nade wszystko jest właściwą decyzją i wolą kroczyć za Polarną Gwiazdą Prawdy.

Łatwo jest zawiązać niezbędny węzeł, aby był pewny i bezpieczny. Ale utrzymać pewny przyjacielski stosunek, pozostać dobrym przyjacielem i bratem i nie być nikomu kulą u nogi, to jest dobre i święte, jak również trudne.

Łatwo jest nauczyć się rozpoznawać zioła lecznicze  i odróżniać je od roślin trujących. Ale jak mała jest czasem różnica między Dobrem i Złem, jak trudna jest niekiedy właściwa decyzja!

Ladislav Rusek "Zielony dziennik" 

Czasem ważne rzeczy warto mieć zapisane pod ręką, bo łatwo jest zgubić drogę.

piątek, 12 grudnia 2014

Kuźnia marzeń

Bywają w życiu rzeczy, o których marzymy równolegle, bez zaangażowania. Piszę równolegle, bo marzenia te toczą się wraz z życiem nie przecinając go i prawie nigdy się nie spełniają. Takich marzeń równoległych jest całe mnóstwo. Każdy z nas ma takie niespełnione i równoległe... 
Zawsze chciałem poznać pracę kowala, to było moje marzenie niezaangażowane, zwyczajnie nie robiłem nic, aby się spełniło. Odkąd żyję po swojemu na pięknym odludziu postanowiłem spełniać swoje marzenia równoległe, tak by wreszcie zaczęły być zaangażowanymi. 
Kowalskiej roboty najlepiej jest się uczyć od mistrza. Niestety w pobliżu kuźni brak, a odwiedziny w jakiejś odleglejszej, z braku czasu są raczej niemożliwe. Bardzo dużo informacji można znaleźć w sieci, ale to czysta teoria. Żeby przejść do praktyki trzeba odwiedzić złomowisko. Tam o ile nie znajdzie się kowadła, to przynajmniej kawałek szyny kolejowej, która doskonale może je zastąpić, szczególnie w amatorskiej robocie. Potrzebne są jeszcze młotek i palenisko z odrobiną węgla drzewnego. 
Kilka dni temu wybrałem się na złomowisko, gdzie znalazłem stosowny kawałek szyny i kilka innych gratów. Klepanie rozgrzanego do czerwoności kawałka metalu to bardzo uzależniające zajęcie. Świadomość, że można kształtować substancję, która dla innych może pozostać wyłącznie narzędziem, czy ładnym przedmiotem, daje niesamowite zadowolenie.
"Każdy jest kowalem swojego losu"- lepiej nie da się tego ująć. W spełnianie marzeń trzeba się zaangażować inaczej pozostaną tylko marzeniami, a kucie żelaza póki gorące to bardzo inspirujące zajęcie. Zapewne już niedługo w "Galerii na płocie" pojawią się pierwsze wykute marzenia...

czwartek, 4 grudnia 2014

Rok z blogiem

Mija właśnie rok od pierwszych wpisów na blogu. Proces oswajania z nowym minął dość szybko. Na początku mojej przygody z pisaniem głównym założeniem było wyłącznie rejestrowanie wydarzeń z życia na odludziu. Z czasem doszedłem do wniosku, że pisanie pamiętnika w nowoczesnej formie nie jest jedynym celem. Zwyczajnie głupio jest nie podzielić się z innymi wiedzą nabywaną w szczególnych warunkach. Dla mnie jest to także forma kontaktu ze światem, może złudna, bo nie licząc kilku komentarzy nie otrzymuję żadnej informacji zwrotnej od osób, które tu zaglądają. Ciągle jednak mam nadzieję, że znajdą się tacy, którzy odezwą się poddając swoje pomysły na życie w oddaleniu od ludzi i cywilizacji. Być może będą i tacy, dla których nasza historia stanie się inspiracją.
Prowadzenie bloga wymaga cierpliwości i systematycznych wpisów. Do tej pory bywało z tym różnie. Czasem post gonił za postem i trudno było zorientować się co autor miał na myśli. Po czym następowały okresy ciszy, wiatr hulał po kątach i pies z kulawą nogą nie zaglądał w odludny zakątek.
Z pewnością duże znaczenie miała tu praca w dwóch całkowicie odmiennych od siebie miejscach, co przy sporym zaangażowaniu i jednoczesnym ogarnianiu otoczenia wokół domu nie sprzyjało pisaninie. Teraz jednak przyszedł czas wzięcia się za bloga i postanowiłem, że trzeba to zrobić trochę bardziej profesjonalnie niż do tej pory. Mam nadzieję, że moje starania stały się widoczne...
Ciągle się uczę, bo nie samym tekstem blog stoi. Trzeba czasem poganiać z aparatem, potem choć minimalnie obrobić fotki, co wiąże się z obsługą programów graficznych. Ciągle eksperymentuję z kolejnymi i jakoś nie mogę przekonać się do żadnego... Takie zwyczajne rozterki człeka, który mając wiele zainteresowań nie może poprzestać na kilku i im poświęcić się bardziej dogłębnie.
Kończąc ten pierwszy rok z blogiem chciałbym podziękować wszystkim cierpliwym i wyrozumiałym czytelnikom za to, że nie rzucają pomidorami...

czwartek, 27 listopada 2014

Oswajanie rzeczywistości




Nowe miejsca i sytuacje, w jakich przychodzi nam czasami funkcjonować stwarzają poczucie braku stabilizacji i bezpieczeństwa. Zmiana miejsca zamieszkania bez wątpienia jest takim wydarzeniem. Jednym przychodzi dość łatwo zaadoptowanie się do nowych warunków, ot co najwyżej jedna nieprzespana noc. Inni walczą ze swoimi lękami bardzo długo, nie mogąc odnaleźć w zaistniałej sytuacji niczego pozytywnego, co destrukcyjnie wpływa na wszelkie przejawy aktywności życiowej. Bardzo dużo naczytałem się historii, w których ludzie budujący przez lata swój nowy, wymarzony dom, nie potrafią się do niego przeprowadzić. Są też tacy, którzy po przeprowadzce nie umieją się w nowym miejscu odnaleźć. Rozdarci pomiędzy przeszłością i teraźniejszością nie umieją postawić tego jednego, symbolicznego kroku dalej i poukładać sobie życia.
Wątpliwości ma każdy, nawet ci, którzy zdają się być zdeterminowanymi w swych działaniach. Przychodzi po prostu taka chwila, że ma się wrażenie jakby przed nosem był tylko gruby mur, którego w żaden sposób nie daje się przebić. Ilość problemów zaczyna przytłaczać i paraliżuje wszelkie działania. Co można zrobić w takiej sytuacji?
Przede wszystkim uświadomić sobie, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Ten mur, o który opieramy się czołem, mając wrażenie, że nie da się go niczym przebić, nagle okazuje się być zbudowany z cegieł. Pojedynczych problemów i spraw, które rozwiązywane powoli, przestają wydawać się jednym wielkim problemem, z którym nie dajemy rady się uporać.
A jak oswoić rzeczywistość, tak by zaczęła dawać poczucie sensu tych wszystkich zmian?
Myśmy stworzyli sobie plan walki z materią. Dom kupiony tuż po generalnym remoncie nie wymagał praktycznie żadnej pracy. Pozostało uporządkować całe jego otoczenie, tak by nie zaginąć w chwastach porastających rozpadające się szopki i ruinki chlewików. Ilość pracy dość skutecznie zapobiega wtedy analizowaniu bezsensownych myśli. Do tego satysfakcja z kolejnych postępów w pracy dawała nam poczucie panowania nad sytuacją. Tworzenie i zagospodarowywanie odludzia stało się oswajaniem rzeczywistości. Po całych dniach pracy człowiek najzwyczajniej w świecie nie miał siły myśleć o głupotach. Resztę czasu wypełniała opieka nad wszelkimi zwierzętami, jakie przez odludzie zaczęły się przewijać. One także zaczęły tworzyć to miejsce.
Dobrym pomysłem na złe chwile jest tworzenie pamiętnika, fotobloga, dziennika, czy jakkolwiek by tego nie nazwać. Spojrzenie wstecz daje możliwość dostrzeżenia jak wiele udało nam się stworzyć. To dodaje sił do pokonywania kolejnych bezdroży.

środa, 26 listopada 2014

Dlaczego z dala od ludzi?

Co jakiś czas musimy udzielać odpowiedzi na podobne pytania. Mam nawet wrażenie, że ostatnio dość często. Ludzie, którzy nie znają odludzia pytają i zazwyczaj wystarcza im odpowiedź, że mieliśmy dość życia w mieście. Zaś wszyscy, którzy mieli możliwość zagościć u nas na chwilę podchodzą do sprawy troszkę dogłębniej. Z jakiego powodu?
Sam przejazd do naszej wsi przysparza dość niezwykłych wrażeń. Rozległa przestrzeń roztoczańskich pól nieprzywykłych potrafi mocno przytłoczyć. Droga, którą pniemy się pod spore wzniesienie sprawia, że czujemy jakby prowadziła do nieba, tak też została przez nas nazwana- drogą do nieba. Niesamowicie wygląda nią podróż w zimowy dzień, kiedy prawie nie widać żadnych punktów orientacyjnych, a kolor zachmurzonego nieba zlewa się z ośnieżonymi polami. Człowiek czuje się wtedy maleńkim pyłkiem w bezgranicznej bieli.
Są to więc odczucia budzące jakąś refleksję. Bywa bardzo dużo chwil na naszym odludziu, kiedy człowiek staje oniemiały i może tylko patrzeć na to co się dzieje dookoła. Błękit nieba, burzowe cumulonimbusy siejące błyskawicami, fronty wałowe lecące jak oddział ciężkozbrojnej husarii, zwykłe wschody słońca i banalne jego zachody. Każdy niepowtarzalny i urokliwy, a do tego rozgwieżdżone niebo nocą, od którego nie można oderwać wzroku... Wszystko udźwiękowione ciszą jakiej nie można usłyszeć nigdzie indziej. Nie jest to typowa głucha cisza. Ta nasza zawiera wszelkie odgłosy przyrody, takich nie da się usłyszeć w mieście.
Brak ludzi nie jest w takim miejscu żadnym problemem. Nawet wtedy, gdy dwumetrowe zaspy odcinają nas od cywilizacji na kilka dni. Na takie historie trzeba być najzwyczajniej gotowym, bo jedyne co można wtedy zrobić to zwyczajnie przeczekać najgorsze i wykorzystać ludzką zaradność do kształtowania sytuacji na swój sposób.
Kiedyś myślałem, że jedynym czynnikiem motywującym naszej przeprowadzki jest wyłącznie ucieczka od wątpliwych przyjemności życia w mieście. Po prawie trzech latach wiem, jaką prawdziwą przyjemność daje życie po swojemu. Wymaga to sporego wysiłku, ale każda chwila spędzona na odludziu jest warta wszelkiej pracy jaką włożyliśmy w to miejsce.


niedziela, 23 listopada 2014

Z fejsem twarzą w twarz


 Facebook to miejsce, które do tej pory omijałem szerokim łukiem. Mając kiepskie doświadczenia z Naszą Klasą, która przerodziła się w dziwny twór NK, jakoś nie pałałem wielką chęcią do powrotu na portale społecznościowe. Jednak mieszkanie na odludziu i kilka innych powodów, o których pewnie napiszę w przyszłości spowodowało, że stanąłem z fejsem twarzą w twarz.
Dla wielu osób kawa przed komputerem bez fejsa nie smakuje jak kawa. Zwyczajnie zostali wchłonięci. Jak dla mnie to szału nie ma. Wkurzająca jest świadomość, że człowiek jest ciągle infiltrowany przez system, który chce wydobyć o nim jak najwięcej informacji. Idzie to jeszcze jakoś ścierpieć olewając najzwyczajniej wszelkie zapytania o pozorne głupoty i blokując co się da. Fejs ma służyć wyłącznie do ułatwienia i poszerzenia kontaktów ze światem. Klikanie w "lubię to" wydaje mi się najbzdurniejszą funkcją fejsa. Wolałbym dowiedzieć się dlaczego ktoś coś polubił. Tych, którzy coś polubią na moim blogu zapraszam do pisania komentarzy. Kontakt z unikalnymi czytelnikami to coś, czego mi tutaj brakuje, a co z pewnością daje zadowolenie i przyczynia się wszelkim inspiracjom.  Na razie relacje fejsowe wydają się być bezosobowe, wynika to może z tego, ze nie oswoiłem się jeszcze z obsługą wszystkich funkcji, na co zwyczajnie szkoda mi czasu. Więc zaglądam tam czasem i na razie nic poza tym.

wtorek, 18 listopada 2014

Czasem trzeba odpuścić...

Jakiś czas temu rozpocząłem współpracę z Klubem Batalionowym. Jako instruktor prowadziłem zajęcia plastyczne z dziećmi i dorosłymi. Praca była o tyle ciekawa, że praktycznie poza stałymi obowiązkami mogłem robić różne rzeczy, które wykraczały daleko poza wymagania moich szefów. Taka sytuacja przy szerokim spektrum zainteresowań wydawała się być wymarzoną. Niestety pogodzenie pracy w dwóch firmach i w dwóch diametralnie różnych zawodach okazało się być trudnym do realizacji. Powstawały sytuacje, kiedy przemieszczałem się tylko z jednego miejsca pracy do drugiego. Maratony bez snu dochodziły do 48 godzin. W pewnym momencie nawet coś co daje wielką satysfakcję stało się nie wystarczające. Tym bardziej, że gratyfikacja finansowa ze współpracy z wojskiem wystarczała na pokrycie kosztów przejazdu... Nigdy moim priorytetem nie było dążenie do zarabiania wielkich pieniędzy. Jednak najważniejszym czynnikiem, który spowodował rezygnację było permanentne przemęczenie. Minął miesiąc zanim doszedłem do siebie. 
Człowiek ma granice wytrzymałości i o ile jednostkowe przekraczanie tych granic nie powoduje jakichś perturbacji, o tyle stałe przeginanie staje się destrukcyjne. Trzeba o tym pamiętać. W moim przypadku musiałem zrezygnować z pracy, która dla mnie była czystą przyjemnością. Są jednak w życiu sprawy ważniejsze i czasem trzeba odpuścić...

niedziela, 30 marca 2014

Ktoś ukradł mi godzinę.

Czas jest nierozciągliwy. Tak przynajmniej wynika z moich doświadczeń. Kilku fizyków uparło się, że jest inaczej i pewnie mają rację. Jednak w mojej czasoprzestrzeni sekunda jest zawsze sekundą, godzina także nie przeciąga się ani krztyny ponad 60 minut.
Może dlatego, że czas jest stałą częścią życia, to ja muszę być tą zmienną, czytaj elastyczną.
Dobę można traktować jako umowne 24 godziny, można też dowolnie ją wydłużać o kolejne okresy aktywności, dopóki nie przyjdzie nam walnąć nosem o blat biurka. Moje doby czasem trwają właśnie te ponad trzydzieści godzin. Jakoś trzeba sobie z tym radzić. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że dzisiejszej nocy ktoś zawinął mi jedną godzinę...
Na szczęście system elastycznego wydłużania doby zadziałał wspaniale. Coś co u innych powoduje notoryczne spóźnienia przez pierwszy miesiąc od zmiany czasu na letni, u mnie nie spowodował żadnych efektów ubocznych. No może poza jednym, dzisiejsza kawa o czwartej nad ranem, wczoraj byłaby wypita o trzeciej :)

Wnioski jakie się nasuwają biorąc pod uwagę powyższy wywód są oczywiste.
Trening czyni mistrza, mały auto komplement... ;)
Mogę latać w kosmos, bo dzień i noc są bardzo umownymi porami aktywności.
Spać można w każdej wolnej chwili, pracować również.
Czasem warto odejść od schematów, żeby nie zwariować.

środa, 12 lutego 2014

Czasu mało...

Poczyniłem pewne zaniedbania w uprawie bloga i już zaczął zarastać zielskiem i krzaczkami. Niestety wszelkie inne dziedziny życia, poza pracą poszły także w odstawkę. Pracy jest za to co nie miara. Dwa różne zawody wykonywane równocześnie wymagają poświęcenia i przynajmniej jeszcze przez czas jakiś wszystko będzie wyglądało jak impresja nadpobudliwego artysty, który zamiast melisy wypił mocną kawę... A propos kawy, to się przydaje w sporych ilościach.

Po konkretnych mrozach i wysokim poziomie zaśnieżenia przyszła odwilż. Bez wątpienia skorzystały na tym nasze drzewa, które prawie po miesiącu pozbyły się lodowych kajdan. Na szczęście wytrzymały i tylko kilka gałęzi padło pod ciężarem lodu.
Teraz wszystko płynie. Śnieg z pól znika w tempie ekspresowym, tworząc okresowe strumienie. Nasza droga także płynie tworząc masę plastyczną, której opór trzeba pokonywać z napędem na cztery kopytka. Na szczęście poza zafajdaniem karoserii grubą warstwą błocka wszystko inne jest samą frajdą. Jazda bokiem, zarzucanie tyłem, to jest to, co osiołki lubią najbardziej. O powożącym nie wspominając ;)

Kilka wpisów czeka na dokończenie w wersji roboczej, ale na razie nie ma kiedy się nimi zająć. Świat realny nie daje szans wirtualnemu. Wreszcie jednak mogę połączyć coś, co uwielbiam robić dla czystej satysfakcji z pracą. Co prawda przydałoby się jeszcze dostawać za to godziwe wynagrodzenie, ale to byłby już nadmiar szczęścia. Przecież piniondze to nie fszystko...
Tylko tego czasu ciągle mało... Trzeba być cierpliwym, tego życzę wszystkim czytelnikom i sobie również :)

niedziela, 19 stycznia 2014

Zmiany

W ciągłym pędzie szarych dni zdarza się czasem spotkać ciekawych i niezwykłych ludzi, którzy bardziej, lub mniej świadomie wpływają na nasze życie. Czasem jest to jakaś myśl pozwalająca spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy. Innym razem kilka słów utwierdzających w dalszych działaniach. Odrobina zaufania i otwartości wobec takiej osoby pozwala zobaczyć siebie czyimiś oczami.

Jakiś czas temu dostałem w prezencie książkę pt. "Kto zabrał mój ser?" Johnsona Spencera. Kilka prawd o nas samych, o tym jak reagujemy na wszelkie zmiany w naszym życiu.
Przede mną właśnie takie zmiany. Jedne w bardzo bliskiej perspektywie, inne jeszcze nie widoczne za horyzontem, ale już wyczuwalne. Wszystkim chcę stawić czoła i już czuję jak wiele zmienią w moim życiu.
Przeczytanie opowieści o czterech postaciach symbolizujących naszą osobowość polecam wszystkim, którzy marzą o wyniesieniu się na wieś. Zaś szczególnie tym, którzy czują przed tym lęk. Zrozumienie pewnych mechanizmów jakie nami rządzą, pozwoli inaczej spojrzeć na siebie i na wszelkie zmiany jakie przed nami.
Czas już szukać swojego Nowego Sera... ;)