piątek, 24 lipca 2015

Trochę się pozmieniało...

Od jakiegoś czasu wpisy się urwały za sprawą nawału roboty. Mamy połączenie ewolucji z rewolucją, ale hybrydy są ostatnio modne. Odludzie, jak twierdzą nieliczni odwiedzający zmieniło się w sposób niebywały. Nawet sami zaczynamy to zauważać, choć to dopiero początek działań i sporo pracy jeszcze przed nami... Ewolucyjnie zmieniają otoczenie rośliny, rewolucyjnie my.

Taras wreszcie otrzymał obudowę
I umeblowanie

Lewy profil
Kawałek prawego
Kolejne ptaszysko uratowane, ku chwale ratujących obrabia pomniki w Zamościu ;)
Rabatka przy studni, teraz troszkę bardziej ukwiecona
Ślimaki nie koniecznie są miłe, ale ten akurat jest, pewnie dlatego, że wydłubałem go własnoręcznie.


Prawdziwa rewolucja zacznie jesienią. Zainspirowani książkami Kena Robinsona zaczynamy przygotowywać programy warsztatów Szkoły Żywiołów. Więcej na ten temat w nieodległej przyszłości. Na razie krótki film.


wtorek, 7 kwietnia 2015

Takie tam...

Budowa wędzarni


Zalatuje pornografią, goła blacha, ale trzyma się kupy i od biedy już można wędzić.

Lewy profil





Powłoka antyradarowa z farby żaroodpornej.




Technologia stealth w pełnej okazałości.




I jeszcze krzywa deska lipowa potraktowana dłutem...

niedziela, 22 marca 2015

Się dzieje...

Lawenda na aukcję charytatywną, obecna cena tego obrazu to 1550zł

Ostatnio sporo się dzieje... Kilka fantów wystawionych na aukcję charytatywną przyniosło ponad 2770zł, z czego bardzo się cieszę. 
 Zwiedzając pewnego dnia złomowisko znalazłem starą, zardzewiałą pompę abisynkę. Żal było ją zostawiać na przetopienie... Kilka godzin pracy, kawałek rury i odrobina farby. Na podwórzu zrobiło się kolorowo, a studnię widać z kosmosu ;)

W tak zwanym międzyczasie mignęła nam w oka mgnieniu trzecia rocznica zamieszkania na odludziu. Gdyby nie kalendarz, pewnie nawet byśmy tego nie zauważyli. Czas wolny mija nam na zadrzewianiu, zakrzaczaniu i ukwiecaniu działki. Jak zwykle wiele działań idzie równocześnie i takie historie jak z ta studnią są na porządku dziennym, żeby jeszcze był czas o tym wszystkim pisać...


Czarodziejska studnia ze złomu

Gorące serce w trakcie kucia... Zapewne także skończy na aukcji

wtorek, 3 marca 2015

Serwis informacyjny

Ocieplenie klimatu ma bez wątpienia wpływ na wpisy zamieszczane tutaj. Roboty cała masa, a że pogoda sprzyja, to blog odłogiem leży... Niestety trzeba się do tego przyzwyczaić i tyle.

Nad odludziem pojawiły się żurawie i dzikie gęsi. Sikorki sprawdzają budki lęgowe i pasowałoby jeszcze kilka dorobić, bo zainteresowanie przewyższa możliwości zakwaterowania. Przyroda zaczyna powoli budzić się do życia. Żeby za nią nadążyć, trzeba brać się do roboty. Jak zwykle wiele prac idzie torami równoległymi. Porządkowanie terenu zaczęliśmy od walki z kredą na przydomowej oczyszczalni. Jak wyglądało to miejsce zaraz po przeprowadzce można zobaczyć TUTAJ. Istne białe szaleństwo. Przez trzy lata kreda była systematycznie wypłukiwana przez deszcze, wybierana i wrzucana do wykopu na sadzawkę. Teraz wysypujemy nią podłoże pod wiatą. Teren jest tam zaniżony i trzeba sporo materiału na wyrównanie do planowanego poziomu. Kreda i kiepska ziemia nadają się na podbudowę znakomicie. Po zagęszczeniu wszystko zostanie przykryte tłuczniem i drobniejszym żwirem.

W tak zwanym międzyczasie powstaje pergola nad taras. Trochę krokwi i desek stworzy ocienione i zasłonięte od wzroku podążających naszą drogą podróżnych miejsce. Ponadto czas brać się za cięcie drewna na opał, ale żeby było, gdzie je złożyć trzeba wcześniej otynkować tylną ścianę garażu... Jak widać odludzie jest skomplikowanym systemem naczyń połączonych. Ruszenie jednego, pociąga za sobą reakcję w innym zakątku. Jakoś trzeba sobie radzić. Nie przywykłem do leżenia, więc nie narzekam na nudę i cieszę się każdą chwilą przy pracy. Kiedy pogoda pozwala poszaleć na zewnątrz, robota idzie na świeżym powietrzu. Gdy deszcze przelotnie zacinają i wiatr zrywa czapki z głów zajęć nie brakuje w domu. W "wolnych" chwilach prócz małego remontu i malowania ścian i sufitów siadam do sztalugi. Efekty tych malowanek przeznaczone są na aukcję dla znajomych bliźniaczek.



sobota, 21 lutego 2015

Jak załatać, żeby nie ciekło...

Praktycznie wszelkie zajęcia jakie wymagają używania narzędzi niosą za sobą ryzyko urazu. Nóż, siekiera, dłuto, szlifierka kątowa... Wystarczy nieodpowiedni ruch i człowiek zaczyna przeciekać. Jak wiadomo krwi zbyt wiele w organizmie nie posiada, więc im intensywniej przecieka, tym mniej mu pozostaje...
Tamowanie krwawień, które powstały w wyniku skaleczenia jest upierdliwe. Zbyt słabo założony opatrunek grozi dalszym przeciekaniem, zbyt mocno dociśnięty sprawia utrudnienie przepływu krwi. O jakiejkolwiek dalszej robocie można zapomnieć. Pozostaje lizać rany...

Tymczasem istnieje sposób na szybkie i skuteczne połatanie struktury osłon zewnętrznych tworzonych przez skórę. W dawnych latach Rambo zrobiłby to przy pomocy szewskiej igły i szpagatu, teraz wystarczy klej o działaniu kontaktowym zwany cyjanoakrylowym. Najprościej tłumacząc- wszelkie super gluty i kropelki. Kleje te wiążą przy udziale wilgoci. Stąd najłatwiej skleja się nimi palce, choćby podczas przywracania do pierwotnej formy kupki szklanych skorupek będących niegdyś pięknym flakonem.

Proces łatania, czyli jak to się robi.
Rozwalony dłutem palec należy ucisnąć w celu zmniejszenia upływu krwi. Następnie odnaleźć tubkę z klejem, co nie jest łatwe, bo zazwyczaj tubki super gluta są maleńkie. Upływ krwi w przypadku zranienia ma istotne znaczenie dla samooczyszczenia się rany, więc troszkę krwi popłynąć musi. Ale jak to się mówi, gdzie drwa rąbią... Klej nanosimy cieniutką warstwą na krawędź rozcięcia skóry.
W wyniku polimeryzacji kleju spowodowanej wilgocią rana ulega zasklepieniu.
Oczywiście wielu lekarzy popuka się w czoło widząc takie zabiegi chirurgiczne. Należy jednak pamiętać, że kleje medyczne oparte są na tychże samych cyjanoakrylach, różnią się tylko tym, że mają odpowiednie certyfikaty do kontaktu z człowiekiem. No i kosztują kilkukrotnie więcej niż tubka kropelki...

Powyższy tekst nie umniejsza roli służby zdrowia w łataniu ran zadanych dłutem. Z drugiej strony NFZ ma ciekawsze pomysły na wydawanie naszych pieniędzy, niż na błahe szycie ran bez znieczulenia, po uprzednim kilkugodzinnym odstaniu w kolejce do gabinetu zabiegowego...
Płacę, więc wymagam i sklejam się sam, na własne ryzyko.

Oczywiście autor niniejszej instrukcji nie ponosi odpowiedzialności z tytułu użycia klejów kontaktowych do sklejania poszczególnych części ciała lub ich fragmentów. Tekst ma charakter wyłącznie informacyjny i każdy kto używa klejów kontaktowych niezgodnie z instrukcją zamieszczoną na opakowaniu (klej powoduje podrażnienie skóry!) ponosi ryzyko własnych nieodpowiedzialnych działań.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Ewolucja



Nasi dalecy przodkowie zeszli kiedyś z drzewa by rozpocząć w miarę wyprostowane życie. 
Z prostowaniem życia jest jak z prostowaniem dróg na skróty. "Kto drogi prostuje w domu nie nocuje" mówi ludowe przysłowie. Właśnie dosyć boleśnie przekonałem się o kilku prawdach życiowych związanych z postawą wyprostowaną, prostym życiem i spoglądaniem na świat z kociej perspektywy...
Zacznijmy jednak od początku. Kilka dni temu wziąłem się za noszenie drewna na opał. Robota prosta i rutynowa. Co prawda kolejny orkan usiłował mi odrobinę w tych codziennych czynnościach przeszkodzić, ale dałem radę. Przy okazji roboty na zewnątrz wyczyściłem jeszcze kilka desek na zleconą pracę dla pewnego stowarzyszenia. Wszystko poszło sprawnie, deski wyczyszczone czekają na dalszą obróbkę. Następnego dnia jednak zaczęły się kłopoty. Przy noszeniu drewna zapewne lekko się zgrzałem, zaś przy czyszczeniu desek wicherek zrobił swoje, omiatając mi plecy swym chłodnym tchnieniem. W ciągu kilku chwil zapalenie korzonków zmieniło moją postawę z wyprostowanej w niemożebnie pogiętą, a moje proste życie stało się dziwnie i boleśnie skomplikowane. Zwykłe czynności życiowe mają teraz smak wyczynu i grymas wykrzywionej z bólu gęby. Koty spieprzają przede mną przerażone tym, że poruszam się na czterech łapach jak one, a ja tylko chcę podłożyć drewna do kominka... Pisanie tego tekstu też jest wyczynem.  Na szczęście leżenie na plecach z podgiętymi nogami pozwala na w miarę normalne podtrzymywanie laptopa. Przy tej bezradnej chorobie przydałoby się żyć bez grawitacji. Zwykłe odepchnięcie małym palcem i o ile łatwiej byłoby się poruszać... 
Ewolucja czasem zawodzi, mam nadzieję, że mój przypadek nie jest trwałą zmianą przejścia z postawy wyprostowanej do tej, no pogiętej...